Tobermory, jedna z nielicznych czynnych szkockich destylarni, która swe narodziny miała jeszcze w XVIII wieku. Jedyna na wyspie Mull. W 4 alembikach podgrzewa się destylat dający początek torfowej Ledaig i nietorfowej Tobermory. W ostatnich latach whisky z Mull zyskują coraz większe i uzasadnione uznanie. Oficjalne, podstawowe butelkowania są niefiltrowane na zimno, mają moc 46,3%. Bardzo dobrą robotę dla Tobermory robią także niezależni bottlerzy. Wszyscy na tym zyskują, a najbardziej torfowy Ledaig. Ale i niedymna Tobermory ma swoich zwolenników.

Na stole: TOBERMORY 12 YO 2007 PORT PIPE FINISH 58,6%

Nos: wyraźny aceton, zmywacz do paznokci, bardzo dojrzałe owoce, dojrzałe soczyste mango, kwaśność wina domowej roboty;

Podniebienie: niesamowicie delikatna, gdzie jest te 58,6% pytam się, aczkolwiek język powoli się nagrzewa i moc się w końcu ujawnia, czerwone owoce, dobry, słodki malinowy dżem, lekka ziemistość, szczypta, naprawdę tylko szczypta soli, niech będzie himalajskiej, jeśli taka delikatna;

Finisz: stosunkowo długi, rozgrzewający, zostajemy z gorącą marmoladą, delikatnie posypaną kakao, syrop prawoślazowy;

Na ucho:diametralnie odmienna od podstawowej wersji świeżej, cytrusowej 12-letniej Tobermory, inna, bardziej niepokojąca. I jaki kolor, różowy, przypomina mi pewną Caol Ila po czerwonych winach. Parafrazując ostatnio zasłyszane powiedzenie – matka niebanalnych whisky jest zawsze w ciąży. Często rodzi na wyspie Mull.

Ocena: ****/ jeśli mam ocenić, to na “gwiazdkowej” skali do pięciu – spodobał mi się system Dave Broom‘a. Nie kwantyfikujmy whisky do kolejnych miejsc po przecinku. Próbujmy i doceniajmy (lub nie).

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *