Chłopiec przetarł spocone czoło, zaczesując jasnorude włosy do góry, trochę na bok, trochę niedbale. Było już późne popołudnie i zachodnie słońce świeciło mu prosto w oczy, gdy szedł pod górę drogą, którą przemierzał codziennie. Po lewej ręce minął szewca i machinalnie spojrzał na swoje zniszczone buty. Szewc uśmiechnął się do chłopca, znając jego codzienne pielgrzymki i pomachał mu spracowaną ręką, w której trzymał szewski młotek. Chłopiec pomachał mu również i poprawiwszy szkolny worek przyspieszył kroku. Bielone budynki zaczynały dominować krajobraz. Chciał już tam być.

Być może tak zaczyna się „The Story of Jim McEwan”. Być może, bo nie czytałem ostatnio wydanej biografii Jima, ale Ci, którzy spotkali Jima McEwan’a, wiedzą, że każdą historię może opowiedzieć na tysiące sposobów i wariantów. I ta może być równie prawdziwa. Być może.

Chłopiec szedł do destylarni Bowmore. Pracownicy wpuszczali tego upartego rudzielca, bo widząc uwielbienie w jego oczach ich praca nabierała niezwykłej nobilitacji. Mogliby mu zawiązać oczy i dotarłby bezbłędnie w każdy wskazany zakamarek destylarni. Nie tylko dlatego, że był już tu wszędzie po kilkaset razy, ale dlatego, że szedł za zapachami i tymi zapachami nasiąkał. Dlatego nazywano go „the smelliest kid on the Islay”.

Destylarnia Bowmore, w której chłopiec zaczął w 1963 roku, wieku 15 lat przyuczać się na bednarza, to była jego Alma Mater, której oddał 38 lat swojego dorosłego życia. Jim był Bowmore. Ale na drugim brzegu Loch Indaal, umierała destylarnia Bruichladdich, którą grupa narwańców postanowiła przywrócić do życia. Z Bowmore Jim widział niszczejące budynki Bruichladdich. Gdy się tam znalazł w 2000 roku, by z ową grupą narwańców przywrócić ją do życia, wiedział, że z daleka nie widział nawet ułamka dramatu, w jakim znajdowała się siostrzana destylarnia. Postanowił „take this Cinderella whisky to the ball”. W nadchodzących latach Kopciuszek zdecydowanie odnalazła się na balu i wprowadziła do skostniałego świata whisky sporo progresywnego tańca.

A chłopiec stał się legendą.

Miałem okazję go poznać i jest to postać, która na innej scenie zyskałaby status Davida Bowie. Każdy z nas ma swoją wyjątkową scenę.

Jim McEwan Signature Collection to seria 27 single casków (plus ekstra 3 Journey’s End), z osobistej kolekcji Jima, wydana przy współpracy z Dramfool. To beczki, które Jim wybrał podczas pracy w Bruichladdich. Dla siebie. Seria trzecia to klasyczne trio Bruichladdich, Port Charlotte i Octomore, które dojrzewały wyłącznie w first fill bourbon barrels.

Let’s dance.

 

BRUICHLADDICH 3.1 2010 ISLAY BARLEY 10 YO 61,7%

Aromaty przepięknie „bruichladdichowe”, kwiatowo-owocowe, z dominacją soczystych zielonych jabłek, cytrusów. Dając jej czas, ona sama oddaje coraz więcej nut miodu, wosku pszczelego, idealnego mango. Język wyczuwa jednak na starcie czystą słodowość, chrupki chleb z cytrynowo-pomarańczową marmoladą. Nie może obejść się bez przypraw, wynikających z dębiny i niedominujących śladów wanilii. Ogarnia podniebienie. Najlepsze praliny. Bardzo długo tańczy na języku, jest tak klejąca, że do niego przywiera, trzymając nas w cytrusowej owocowości z pysznym gorącym kakao. Zmiany.

PORT CHARLOTTE 3.2 2008 ISLAY BARLEY 12 YO 58,8%

Nos wyczuwa słodki dym, bardzo delikatny. Zaskakująco wyważony, subtelny. Ale za każdym kolejnym podejściem, a także po pierwszym łyku, dym w aromacie jest zdecydowanie coraz bardziej wyczuwalny. I pachnie przepięknie, dojrzałymi owocami, gruszkami. Smak to dosłowna tekstura. Wręcz wyczuwa się grube kawałki czekolady, jabłka z ogniska, które można ugryźć, miękkie i dotykalne. Przelewają się. Wyraźnie dojrzałe, czerwone pomarańcze, ale przebijają się nieoczekiwanie ziołowe landrynki. Na koniec popiół, słodki dym, pomarańczowy. Ashes to ashes.

OCTOMORE 3.3 2014 139.5 PPM 6 YO 64,7%

Tym razem dymny aromat jest świeżo cytrusowy, wyczuwalny, ale znów zaskakująco, przy takim poziomie ppmów, ukryty. Potrzebuje czasu i delikatnej współpracy. Ostatecznie zdecydowanie wydobywa na zewnątrz, jest z dodatkiem palonego cukru, a nawet przypalonego słodu. Natomiast w smaku to potężna torfowa fala, otaczana w syropie miodowo-pomarańczowym, gęsta, lepka słodkimi orzechami. Fala dymna zmienia się pod koniec w morską bryzę, sól delikatnie szczypie, ogarnia język na jego krawędziach. Plus krople syropu morelowego. Czy tak wygląda życie na Marsie?

To są tak przepięknie skomponowane whisky. Każdy destylat inaczej współgra z beczkami first fill bourbon, mając jednak zaszyte w linii melodycznej słodycz i pikantność beczek. Potężne whisky, a zarazem subtelne, finezyjne, wibrujące, oparte na prostocie i najlepszej jakości składników. Siła jedwabiu. Chłopiec wykonał swoją pracę. Siedzi w swoim ulubionym fotelu, wystukując rytm niesłyszalnej, dalekiej melodii. Poprawia już nie rude włosy. Przymyka oczy. Robię to samo. Milczymy.

 

wielkie dzięki dla Toma Gebarda, ależ whisky!!

wszystkie zdjęcia by Agnieszka należą do e-whisky.pl

 

 

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *